Nie jesteś zalogowany na forum.




Is fecit, cui prodest
Offline


Pukam z paczką pod pachą do chyba dziś setnych drzwi. To tylko jedno zamówienie, a musiałam się tak namęczuć, że ostro się wkurzę jeśli to znów będzie ślepy zaułek.
Pukam ponownie.

Offline


Spoglądam przez uszkodzony wizjer, po czym odsuwam drzwi. - Czym mogę pomóc? - pytam z uśmiechem.
Is fecit, cui prodest
Offline


Zerkam na karteczkę.
- Pan... Jace? - pytam z nadzieją.

Offline


- A kto pyta? - unoszę brew.
Is fecit, cui prodest
Offline


- Kurier. Mam paczkę pod to imię, ale podano chyba zły adres. Od drzwi do drzwi i ponoć tutaj go znajdę - wyjaśniam spokojnie, choć jestem już zirytowana.

Offline


- To ja. - potwierdzam
Is fecit, cui prodest
Offline


Odetchnęłam z ulgą.
- Nareszcie. Gdzie się pan chował do jasnej anielki, cały dzień straciłam na szukanie pana - westchnęłam. - Proszę paczka... - rozglądam się . - Nieprzyjemna ta okolica... - mruczę ciszej.

Offline


- Przepraszam, że aż tyle panience to zajęło. Kwestia bezpieczeństwa. - odbieram karton - W ramach rekompensaty mogę jedynie zaprosić panienkę do środka i zaoferować herbatę.
Is fecit, cui prodest
Offline


Uśmiecham się zadowolona. Nareszcie klient dżentelmen. Albo... powinnam uważać.
- Z chęcią - zgadzam się i wchodzę do środka. Widzę pustawe pomieszczenie. - Często się pan przenosi...?

Offline


- Raz na tydzień. Czasem częściej. - wchodzę do prowizorycznej kuchni - Owocowa, zielona czy czarna? - pytam, stawiając wodę
Is fecit, cui prodest
Offline


- Czarna - odpowiadam machinalnie. - Chyba niebezpieczne pan życie prowadzi... - śmieje się nerwowo.

Offline


Wsypuję łyżeczkę czarnej do białego kubka, a w szarym mieszam łyżeczkę zielonej z wiśniową i zalewam gorącą wodą. Stawiam parujące kubki na stoliku w salonie. - Może nie tyle niebezpieczne, co w biegu, panienko. - wracam do kuchni i przynoszę cukier i dwie łyżeczki.
Is fecit, cui prodest
Offline


Patrzę z nowym zainteresowaniem.
- Ach tak... - prztakuję. - Paczki odbierałam z niewielkiej i nielegalnej hurtowni więc jest pan pewnie jakimś zbirem - podsumowuje posępnie.

Offline


- Oj zaraz zbirem. - wsypuję łyżeczkę cukru do napoju i zaczynam mieszać maniakalnie - Wolałbym określenie handlarz, panienko. - wyjmuję łyżeczkę i pociągam duży łyk z kubka.
Is fecit, cui prodest
Offline


Podnoszę brwi.
- Diler? - zgaduje z głuchym śmiechem.

Offline


- Legalny sprzedawca i producent, panienko. - stwierdzam ze śmiechem
Is fecit, cui prodest
Offline


- Taa. Tak jak bardzo legalnie poruszają się Sanus po mieście i zabijają niewinnych - przewracam oczami. - Mamy XXIII wiek, a ja głupia nie jestem.

Offline


Unoszę brwi. - Zaraz zaraz, panienko... Sanus? Zabijający ludzi? - odstawiam kubek na stolik
Is fecit, cui prodest
Offline


Prychnęłam.
- Coś za często się pan przenośni skoro pan i tym nie słyszał. Plotka głosi, że porusza się gdzieś tu jakiś Sanus. Ponoć szuka "starego znajomego". Słyszałam na czarnym rynku, że dopadł kogoś w szpitalu.

Offline


Niezauważalnie blednę. - Kiepsko to słyszeć, panienko.
Is fecit, cui prodest
Offline


Kiwam głową.
- Niebezpieczne jest chodzić teraz gdziekolwiek. Choć swoją drogą dziwne, że Sanus opuścił swój kryształowy pałac - przewracam oczami.

Offline


Kręcę głową - Najwyraźniej ma sporą motywację, panienko. - odruchowo drapię się po karku.
Is fecit, cui prodest
Offline


Wzruszam ramionami.
- Nie wiem. Ciekawa też jestem co to miałby być za znajomy skoro go tak uparcie szuka...

Offline


- Pewnie ważny, panienko. - dopijam herbatę.
Is fecit, cui prodest
Offline